26 maj 2017

Rozdział II


Atłasowy plac był gwarny, skąpany w blasku wysoko zawieszonego słońca, przypominał naczynie, na którym mieszkańcy Etłasu prażyli się, jak na rozpalonym pod ziemią ogniu, ocierając kropelki potu zdobiące niechlubnie ich twarze. Zbliżał się nieuchronnie miesiąc bazyliszka, gdzie dni przeplatały się upałami i ulewami, a rośliny umierały i rodziły się każdego nowego poranka. Był to czas zmiennej pogody wystawiającej każdą osobę na test cierpliwości, wbijającej ciernie w serca niestabilnych osób, których wrogie spojrzenia przecinały niebo, przy najmniejszym zachmurzeniu nieboskłonu.
Wraz z ostatnim strzygowym dniem odbywała się coroczna, czasem kilkudniowa, lustracja młodych zmysłowców, powoli wkraczających w dorosłość, niejednokrotnie przygotowujących się na mocny cios od losu. Pomimo młodego wieku, przeżytych raptem dwunastu wiosen, dzieci sprawdzane były pod kątem sprawności zmysłowej i przynależności do rasy. Stąd pochodził ten ciągły gwar na handlowym placu miasta Etłas, w samym środku gorącego dnia – to ważne wydarzenie zawsze było źródłem rozmów, sprzeczek, a nawet niegroźnych kłótni o to, czyje dziecko przejawiało lepsze umiejętności.
Przy namiocie medyka, Iranina Tura – miasteczkowego uzdrowiciela oraz jednego z trojga włodarzy miasta, ustawił się sznur rodziców wraz ze znudzonymi dziećmi, sennie łupiącymi w stronę zielonych opłaci mieściny. Energiczna Daagoya rozejrzała się po wijącym się ogonie kolejki i odmachała kilku zmysłowcom, z którymi była w dobrym kontakcie, żałując, że zajmowali dalekie od niej miejsce. Wzruszyła ramionami, nie mogąc nic więcej zrobić, i zabrała się za dalsze przeczesywanie znanych i nieznanych osób z miasteczka, barwnie dekorujących niemal pustynny krajobraz placu.
Zabójcze oczy smoka! Wyobrażała sobie, że jaskrawy błysk światła, z syczącym dźwiękiem, wydobywa się z jej źrenic i rozcina na pół skazanych na śmierć ludzi wraz z drzewami, na których zawisły ich ciała. Krew rozlewa się na chłodniej, szarawej ziemi, to był koniec niegodziwości, jaką nieśli ze sobą zabójcy jednorożców! Dziewczynka pozwoliła ponieś się fantazji, uleciała wraz z kolorowymi myślami w górę,  roztaczając wokół siebie ogniste skrzydła ciężkich i obfitych w obrazy marzeń. I wszystko rozegrało się w tej ulotnej chwili wodzenia wzrokiem po gadatliwym murze Władców Zmysłów.
Zatrzymała wzrok w miejscu, od którego dzieliło ją kilku zmysłowców, ku swojemu niezadowoleniu, natrafiła na Caivina - ich spojrzenia spotkały się i, jakby z narzuconego odgórnie rozkazu, rozpoczęła się między nimi mała, bezsłowna wojna – kto pierwszy mrugnie ten przegrywa, ale Daagoya miała asa w rękawie. Powoli uniosła rękę na wysokość klatki piersiowej, wskazujący palec skierowała w stronę ścieżki i opuszczając powoli rękę, cieszyła się z reakcji chłopaka, który otworzył usta, zamrugawszy kilkukrotnie.
Był to obraźliwy gest, wyrażający nader wiele haniebnych określeń, nieprzeznaczony dla dzieci i niestosowny nawet u dorosłych. Wielu rodziców wydało się być bardzo urażonych zachowaniem dziewczynki, a ona nie rozumiała, o co to poruszenie.
- Daagoya! – Matka szarpnęła lekko córkę,  przepraszając mieszkańców za jej gest. – Oszalałaś? Jak ty się zwracasz do swoich?
- Przecież nic się nie stało! – Naburmuszyła się białowłosa, jednocześnie czując piekące plamy na policzkach. – Pokazałam to tylko Caivinowi, inni mogli nie patrzeć, to ich problem, że widzieli.
- Z wiekiem stajesz się coraz gorsza – rzekła kobieta, czując na języku smak wrogich myśli dziewczynki.
Daagoya zamilkła. Dotknęły ją słowa rodzicielki, czuła, że oczy zrobiły się jej wilgotne, ale nie dała ponieść się emocjom, rozrywających drobną klatkę. Prawdziwi wojownicy nie płaczą, z takimi krzepiącymi myślami, wpatrywała się w stojący sznur zmysłowców. Wielki żywy mur, przez który smuga wiatru rozdzielała się na drobne wstążki, wciskające w szpary pomiędzy kolejnymi władcami, by móc minąć przeszkodę i zjednoczyć się za nią ponownie w silny podmuch wojowniczego powietrza.

Minęły dwie godziny odkąd dziewczynka przestała cokolwiek robić, ale dzieliła ją już tylko jedna osoba, od medyka Tura, co zdecydowanie poprawiło samopoczucie niesfornej białowłosej, wyliczającej skrycie w sobie, co dziś ważnego ma jeszcze do zrobienia.
- Prihem – powiedział mężczyzna do, odzianego w granatowy żupan, szlachcica Duuatia. – Daagoya Prihem.
Iranin był Batiregim -  starcem z burzą gęstych, siwych włosów sięgających poza duże, niesłyszące uszy oraz pokaźnym, bulwiastym nosem. Zmarszczki na jego twarzy sprawiły, że z szarych oczu mężczyzny bił wieczny smutek, a opadnięte kąciki ust, potwierdzały ten stan ciągłego zdołowania. Jednakże Iranin Tur, mimo tej ponurej otoczki, stworzonej przez stary wygląd twarzy, był osobą pogodną, lubiącą dobrze zjeść i dużo się pośmiać, jako istota o serdecznym usposobieniu – przyjazny olbrzym.
Wiele dzieci zwykło nazywać go „Dziadkiem Wszystkich”, gdyż głos miał ciepły i przyjemny, melodyjny - jak dziad dosiadający złotej serau rozdający prezenty w Dzień Zrodzenia Usarieta, Boga Zmysłów, znany każdemu dzieciakowi ze starych bezimiennych baśni. Chociaż Iraninowi było daleko do bajkowego dziada, to fach, którym się trudził, sprawił, że tyle osób darzyło go szacunkiem i jeszcze wielu zawdzięczało życie.
- Kogo tu mamy. – zerknął przenikliwie na postać Daagoyi. – Mała wojowniczka i przyszła Nicticora! Na początek pokaż mi swoje oczy.
Dziewczynka usiadła na stołku w namiocie, tuż przed medykiem, i usiłując nie mrugać, co dziś przypadkiem wyćwiczyła, pozwoliła starcowi na rozświetlenie swoich oczu słonecznym minerałem, podarunkiem od czarodziejów, który posiadał niezwykłą zdolność absorbowania światła i wydzielania go w zacienionym miejscu. Wyglądało jak drobne słońce skradzione z niewielkiego nieba we władzy boskich rąk.
Iranin Tur długo wpatrywał się w reakcję źrenic na światło, a twarz jego wyrażała zdziwienie, co próbował ukryć pod krzywy acz przyjaznym uśmiechem. Odnotował coś na pożółkłym papierze z drzew urmurowych i, przełamując w sobie zniechęcenie, zwrócił się do białowłosej.
- Teraz zakryję ci oczy i sprawdzę, jak radzi sobie twój słuch – oznajmił łagodnie medyk.
Daagoya grzecznie siedziała, kiedy Iranin, z tyłu jej głowy, próbował zrobić lekki węzeł, łącząc dwa końce czarnej, śliskiej chusty. Zapadła cisza, przynajmniej tu w namiocie. Na zewnątrz wciąż panował gwar, który wdzierał się do uszu dziewczynki, napierając bezlitośnie na zmysł. Nie mogła się skupić na niczym, te kłótnie i śmiechy doprowadzały ją do szału, mocno zacisnęła dłonie na brzegach krzesła, aby nie przyszło jej do głowy, by ściągnąć chustę w napływie gniewu.
Palce białowłosej pokryły się bielą i czerwienią, od włożonego wysiłku, i przez głowę dziewczynki przebiegła myśl: czy mogłabym oderwać kawałek drewna? Jak wielki ogr zrywający grube konary drzew!
- I co słyszysz – zapytał medyk Tur. – Powiedz mi wszystkie dźwięki, nawet te pojedyncze, najcichsze.
- Głosy – rzekła, skupiając się na nowo. – Słyszę głosy, rozmowy mieszkańców, ktoś kłóci się, że był przed kimś. Dzieci chcą się bawić, ale nie znam ich, chyba są z drugiej części miasta. Jakiś mężczyzna narzeka na pogodę, że jest za ciepło, że powinni przełożyć lustrację na chłodniejszy dzień.
 - Nie słyszysz szumu lasu? – dopytał mężczyzna. – Może dźwięki wzbijających się do lotu bażantów?
- Niestety - mruknęła ze smutkiem. – Te głosy wszystko przyćmiewają.
Iranin skończył zapisywać pożółkłą kartkę, skrobiąc wysłużonym piórem, niczym kura wygrzebująca z ziemi tłuste dżdżownice, i wezwał matkę dziewczynki. Anna z przerażeniem weszła do środka, bowiem nikogo z rodziców nie wzywano do wnętrza namiotu – dziś ani nigdy przedtem. Na sercu ciążył jej kłęb czystego niepokoju, wypuszczający lepkie nici, oplatające ją od wewnątrz ponurymi przeczuciami.
Jasne, niemal białe włosy, spięte miała w koka, z którego uciekło kilka kosmyków, a lekki wiatr, wzbijający piach ku górze, przesunął staranie ułożoną grzywkę na prawą stronę, odsłaniając zlęknione oczy. Daagoya była podobna do matki, na tyle, że wielu śmiało uznawało ją za młodszą kopię rodzicielki, chociaż charakterami odbiegały od siebie bardzo, co z czasem doprowadzało do sprzeczek.
Starzec podał kartkę Annie. Kobieta przesunęła opuszkami palców po nierównej powierzchni papieru, a oczy zwróciła w stronę Tura – rozcinając go i zdzierając warstwy, wydobywając smakowite, ukryte głęboko cząsteczki emocji. Rys medyka przedstawiał zwięzły opis predyspozycji oraz stopnia rozwoju Daagoyi, która jako dwunastoletnie dziecko, powinna cechować się pewnymi zdolnościami, świadczącymi o jej przynależności do konkretnej podrasy.
  Anna zmarszczyła brwi, na czole pojawiły się bruzdy, co zawsze wywoływało u niej lęk przed starością, teraz nie miało to większego znaczenia – marszczyła się, tłamsząc w sobie chęć do krzyknięcia. Jak to możliwe, no jak?! Zadawała sobie pytania w myślach, kolejny raz przesuwając opuszkami po chropowatym atramencie, jakby chciała go siłą woli zmienić w inne słowa. To musi być błąd!
- Iraninie – powiedziała lekko drżącym głosem.
- Rozumiem twoje przerażenie – odpowiedział, modulując głosem tak, aby Daagoya nie czuła się źle w namiocie pełnym niedomówień. – Osobiści nie znam takich przypadków, ale to może być przejściowe.
- Przejściowe? – powtórzyła, odkładając rys medyka, w głosie kobiety pobrzękiwał gniew. – Przejściowy dobry wzrok, dobry słuch? Na Usarieta, ona powinna reagować inaczej!
- Spokojnie – zaproponował Tur, widząc przerażenie na bladej twarzy dziewczynki. – Owszem, wzrok jest trochę wyostrzony, ale słuch także reaguje na zaciemnienie widzenia, także, w moim mniemaniu, jest to dobry objaw. Pomyśl, co by było, gdyby słuch nie reagował na zaciemnienie?
Kobieta zastanowiła się, jej usta zrobiły się wąskie, a brwi ściągnięte – całokształt ukazywał obraz prawdziwej złości. Popatrzyła na córkę, ślepymi oczami. Mała Daagoya nie zdawała sobie sprawy z tego, co się dzieje, ale bała się wszystkich wypowiedzianych tutaj słów. Każdy promień niespokojnej aury dziewczynki pozostawiał piętno na skórze Anny – palił i szczypał, rozchodził się jak jad tiarnoboa, trawiąc od wewnątrz.
Prihem wzięła córkę za rękę, rys medyka pochwyciła niedbale, nie zwracając uwagi na nieestetyczne zagięcia, które zrobiła, i pożegnawszy się dość chłodno z Iraninem, ruszyła w stronę domu – upragnionej oazy spokoju. Spustoszony umysł kobiety, wymagał odpoczynku, po którym na nowo chciała wystawić go, na nieprzyjazne i ciężkie od wizji myśli – kim jest moja córka?
- Mamo – zaczęła niepewnie Daagoya. – Czy coś ze mną jest nie tak?
- Ależ skąd – skłamała Anna, a głos jej wyprany został z emocji.

***

- Nie jestem w stanie nic zrobić, to wykracza poza moje umiejętności. Zrozumcie, jestem tylko zwykłym medykiem, nie cudotwórcom! Ona jest jak człowiek, ale to nie powód do gniewu, może los tak chciał, miał inne zadanie dla niej, nie kwestionujmy narzuconego przez życie planu. Traktujcie ją jak zawsze, jak swoje dziecko, to niewybaczalne obwiniać ją za to, że nie ma predyspozycji! – Iranin był oburzony, na co dzień smutny wzrok, pałał dziś krwistą złością.
- Zwracamy się do ciebie, nie dlatego, że nie kochamy córki, chcemy zrozumieć, co spowodowało ten błąd! – Głos Ihniatira był nadwyrężony i przyciszony, twarz zmęczona, ozdobiona sińcami wokół oczu. – Pomyślmy, może to klątwa? Niejeden potrafi posiąść zakazane czarny. Może złe jedzenie? Coś jej nie służy. Bagna, kurhany, Czarcie Oko, wszystko jest tak blisko, te miejsca skażone śmiercią!
- Iraninie, błagam – jęknęła Anna, przytykając dłonie do piersi, w miejscu, gdzie biło niespokojnie serce. – Jesteśmy wiernymi mieszkańcami, chcemy dla ogółu jak najlepiej, nasza córka miała być darem, miała pomóc odbudować upadłą linię naszej rasy, jak teraz spojrzymy na innych, jak wytłumaczymy, że nic dla nich nie mamy? W tym momencie nic nie znaczymy, po naszej śmierci nie zostanie żaden zmysłowiec, nikt nie podtrzyma rodu Prihem.  Zrozum, że to dla nas ważne!
Załzawione oczy Anny odkrywały przed medykiem całą prawdę, że oboje cierpieli bezgłośnie i przeżywali każdego dnia, najdrobniejszym skrawkiem ciała, smutną wiadomość – Daagoya jest zwykłą istotą. Dotknęła go, dość mocno i nieprzyjemnie, obojętność wobec uczuć córki, zaszufladkowanej, jako błąd natury. Tak nie powinno być! Pomyślał ze zrezygnowaniem.
Iranin znał dobrze rodziców nicticorowej pary. Zmysłowców surowych, sprawiedliwych i lojalnych wobec własnych zasad, według których, służenie dla dobra społeczności władców, było kredem ich spokojnego życia - przykładnych mieszkańców. I główną rolę w patriotycznym spełnianiu się Prihemów oraz Satyerów odkrywały dzieci, nowe pokolenie, dokładające świeże cegiełki do odbudowywanej mocarności.
- Nie istnieje żadna siła, która mogłaby coś zrobić – odparł z nieukrywanym zmęczeniem. – Daagoya ma zaledwie piętnaście lat, poczekajcie, może jeszcze obudzi się w niej zmysł.

***
Ona nic nie znaczy. Jest zwykła, zwykła jak najpospolitsza brzoza w lesie. Pasowałaby bardziej do brudnego świata ludzi niż do krainy, w której zmysły budują, perlistą otoczkę najszczerszego piękna. Jest rdzą wśród metali, jest brązem pomiędzy złotem, chwastem w ogrodzie irysów i algą na czystym jeziorze. Widzi to, co prawdą nie jest i nigdy nie dojrzy krajobrazu odartego z okrucieństwa, bo nie zdoła zdjąć tej kotary obłudy. Aura stanie się dla niej mitem, ulotnym pyłem.
Huk. Błysk. Niosący się echem grzmot.
Ciemny, bezkresny firmament nieba, upstrzony migoczącymi, białymi obliczami gwiazd, pękał na pół, gdy jarzące się morderczym blaskiem pioruny, drążyły w nim swoje ulotne koryta energii. Burza panowała, roztaczając łunę, nad wykręcającymi się w rytm hulającego tańca wiatru, zdzierającego zielone odzienie z gałęzi, drzew - żałośnie rysujących się na tle bezkresu.
Głośne huki przywodziły na myśl heroiczne walki pradawnych rycerzy z ziejącymi ogniem i grozą machinami do zabijania – największymi spośród nieobliczalnych zmor świata – czarnymi smokami. Ilekroć opowiadano o czasach łuskonośnego nieba, zawsze jednym głosem, wspólną prawdą, mówiono o niewyobrażalnym hałasie, niosącym się nad i pod ziemią, kiedy cielsko drapieżnej kreatury, przepastnie rozkładało się na porytej ziemi.
Huk. Błysk. Niosący się echem grzmot.
Gwałtowność burzy rozwiała nawet najgłębsze sny, władające umysłami wielu istot, pochowanych w swych domach dzielnie opierających się sile wiatru - jakby skrytych w nim, łaknących sprawiedliwości, poległych na polach walk wojowników. Daagoya otworzyła oczy, ciemność wdarła się do niej, rozlewając niczym połknięta lodowata woda, wzdrygnęła się. Minęło trochę czasu nim oczy przywykły dziewczynie do mroku, raz po raz, rozjaśnianego błyskawicami.
Wiedziała, że sen nie rozgości się w niej na nowo, być może aż do białego rana, pozostanie w fazie czuwania. Westchnęła. Z mocno ambiwalentnym nastawieniem do tego co robi – wstała i, schyliwszy się niemal do samej podłogi, wyciągnęła słój, skryty pod szkieletem łóżka. Amarantowej barwy zalewa utrzymywała wewnątrz siebie gałązki, zazwyczaj giętkie i średnio grube, którymi białowłosa sprytnie rozświetlała sobie ciemność nocy.
Od poznania Rhuduala Starego, co miało miejsce prawie osiem lat temu, Daagoya nauczyła się wielu przydatnych trików, z wykorzystaniem szeroko dostępnych ziół, chwastów, a nawet roślin ozdobnych, przez tuziny etłasczyków uważanych za bezwartościowe elementy cieszące oko. Amarantowy wywar cechował się łatwością do spalania, wystarczyła iskierka wzniecona z draśniętego krzesiwa o krzemień, a namoczony kawałek drewna płonął intensywnie, jak stos przygotowany dla czarownic, a płomień jego jarzył się przyjemną różowo-czerwoną barwą.
Przysiadła na krześle przy oknie drżącym od naporu burzy. Wzrokiem omiotła apokaliptyczną scenerię, chyboczących się w agonii madrorzewiów, przeplatanych samotnymi sosnami i grupującymi się w przyjazny kącik jasnymi brzozami, zbyt szybko ulegającymi sile wiatru. Pogoda godna nastawienia Daagoyi do życia – smutna, waleczna, samotna jak oddalone od towarzyszy iglaki wśród liściastych władców lasu.
Patrząc na płonącą gałązkę do głowy dziewczyny wdarły się bezczelnie wspomnienia o Rhuduarze, wypierane i odsyłane w głąb zapomnianych miejsc, gdzie pochowała destrukcyjne emocje. Stary urourk odszedł z tego świata ponad rok temu, ale pozostawił białowłosej cały wachlarz informacji o roślinach i ich cennych darach, sekrecie, który znało tak niewielu – w tym ona. Teraz była bardziej samotna niż wtedy, kiedy żył przyjazny starzec. Tęskniła za nim, czasami nawet mocniej, niż za okresem, kiedy była dzieckiem, normalnym dzieckiem – nie półzmysłowcem, tą co widzi.
Huk. Błysk. Niosący się echem grzmot.


***

- No popatrzcie na nią! – rzekł Caivin, którego oczy traciły intensywny brązowy kolor, a źrenice porzucały głęboką czerń. – Idzie ta co jeszcze widzi! Prawdziwy wybryk natury!
Grupa dzieciaków podlegająca władzy Aueha, wręcz uzależniona od niego, adorująca niezdrowo przyszłego następcę Durotiga – przyszłego przewodniczącego partii łowieckiej, spojrzała w stronę idącej Daagoyi. Dziewczynka dźwigała cebrzyk owczego mleka, a upał odcisnął na jej twarzy zmęczenie - zarysowane w kropelkach potu, zygzakami spływającego po skroniach. Rodzice nie stosowali wobec niej żadnej taryfy ulgowej, wręcz przeciwnie, jako że świetnie widziała, obowiązków przybyło jej, jakby w ramach tego, że nie traci zmysłów, dostała kolejne dwie pary rąk.
Gdybym tak mogła uciec…
- Ej, bezzmysłowa! – krzykną Caivin, podsycając w Daagoyi tlącą się już mocno złość. – Strasznie długo dojrzewasz, zamierzasz kiedyś nas dogonić? Patataj, patataj!
Dzieciaki ryknęły śmiechem, zaciągając się niczym młode prosięta, a spłoszony wzrok białowłosej spoczął na owalnym kamieniu, chcącym wcisnąć się w jej dłoń. Nie, nie mogę. Pomyślała, próbując wyprzeć z siebie gniew napędzany dźwiękami opływających w dumie zmysłowców. Wbrew temu, co sądził o sobie Caivin, Daagoya miała piorunującą przewagę nad nim, ale rzucenie kamieniem w osobę słabo widzącą, było w mniemaniu dziewczynki, czymś niehonorowym i niegodziwym.
Masz szczęście, ośli łbie…
Chłopiec tracił wzrok, ale nie zyskiwał tajemnych mocy, wręcz przeciwnie - słabł. Prawdą było, że okres ulatniania się zmysłów, głównie słuchu i wzroku, dotkliwie odbijał się na dzieciach nie pojmujących istoty zdarzenia. Nim wytworzyła się w młodych władcach harmonia pomiędzy pozostałymi talentami, wymagająca wyuczenia się i odkrycia w sobie wewnętrznego spokoju, podobnie jak pisanie czy sztuka strzelania z łuku, mijało wiele lat nieporadności, prawdziwej bezbronności wobec okrucieństwa świata. Stawali się nieopierzonymi pisklakami, utkwionymi wysoko na drzewie dorastania.
Pomimo, że Daagoya nie doświadczyła tego osobliwego bólu, bo śmiało mogła tak to nazwać, wiedziała doskonale, jakim przykrym okresem życia stawał dla wielu osób, czas poznawania i uczenia się siebie od nowa. Mieszkanie w sąsiedztwie kilku dorastających zmysłowców wyczuliło ją na delikatną kwestię dojrzewania, gdy co noc słyszała szlochanie Mariily Thvinh, wydzierające się z okna nieopodal jej pokoju.
- Czekajcie! – Caivin uciszył paczkę swoich wielbicieli, robiąc przejętą minę. – Ona… ona chyba straciła mowę! Tak! Nasza najlepsza koleżanka, zyskała zmysł milczenia! No, no, no i tylko cztery lata po swoich dwunastych urodzinach! Daagoya, szybsza niż piorun!
- Pokazałabym ci, Caivin, ile dla mnie znaczysz – zaczęła białowłosa, przybierając jak najbardziej neutralny ton głosu – ale przypomniałam sobie, że słabo widzisz i nawet nosoroga nie dojrzałbyś z tej odległości.
Wzruszyła ramionami, zadowolona z siebie, i podniosła nagrzany cebrzyk mleka. Tyle zmarnowanego czasu, matka znowu będzie narzekać, a żeby tak te ziemie szlag trafił, miałabym w końcu święty spokój.
- Kiedyś to odszczekasz! – zagroził chłopak dotknięty jej słowami.
- Hau, hau, niedorajdo – rzekła Daagoya znudzona słownymi przepychankami. – Nic mi nie zrobisz, naucz się, że jestem szybsza, sprytniejsza i widzę, a ty uważaj, żebyś nie potknął się o jakąś przeszkodę.
Dziewczyna uśmiechnęła się triumfalnie, po czym kopnęła owalny kamień w stronę Caivina.

***

Przygotowała łuk i naostrzoną niebezpiecznie strzałę, wzrokiem odszukała pożądanego przez siebie czworonoga, i odliczyła od trzech w dół, jak to miała w zwyczaju. Praktyka uczyniła Daagoyę mistrzynią łowów, chociaż las nie obfitował o tej porze w liczną zwierzynę, dziewczyna zazwyczaj ubijała jakieś czyhające w półmroku stworzenie, a radość napełniała jej kruche i wątłe serce nowiną, że nie potrzebuje do tego wyczynu wyczuwania złocistej aury.
Sarna konała przy pochylonej, cienkiej brzozie, walecznie pnącej się w górę, ku niebu zakrytemu parasolami liści starszych drzewnych dziadów. Duże, rozkoszne oczy nie pałały niczym pozytywnym, wydobywał się z nich jedynie smutny obraz strachu i cierpienia, napędzanego łakomie nabieranym powietrzem. Konała coraz szybciej. Szlachetna głowa sarny ułożona na trawiastej kołderce łoża ziemi, przypominała Daagoyi porzuconą pacynkę, podobną do tych z jarmarcznego teatrzyku na atłasowym placu. Była moją ulubioną. Przemknęło dziewczynie przez myśl.
Kucnęła przy dyszącym bezsilnie stworzeniu i zamknęła oczy. Zwierzę, po kilku agonalnych wdechach, odeszło do sarniego nieba, a ciemne, błyszczące ślepia utraciły ten lekko pulsujący błysk, to tchnienie życia – stała się namacalnie martwa. Wybacz mi. Zwróciła się do sarenki, gładząc ją po pysku, jakby chciała wynagrodzić jej każdą sekundę cierpienia.  
Zwierzę nie było lekkie, Daagoya przewidziała, że nie doniesie zdobyczy do miasta, nie zwróciwszy na siebie uwagi, dlatego nie przyszła sama, chociaż na pierwszy rzut oka wydawało się, że jest jedyną człowieczą duszą w lesie. Zacmokała kilkukrotnie, a ktoś odpowiedział jej przerywanym gwizdaniem, gdzieś w głębi Dur-Lavn.
Z północno-wschodniego kierunku przybył na siwym, wysokim ogierze mężczyzna o ciemnej, przyjemnie czekoladowej cerze. Długie włosy spiął wysoko - w powiewającego na wietrze gęstego, czarnego kucyka, a dół twarzy, od skroni po usta, zakrywała mu bujnie rosnąca broda. Wzrokiem ocenił upolowane przez białowłosą zwierzę, potarł się po policzkach i, skinąwszy głową z aprobatą, pogratulował ubitej, dorodnej sarny.
 Tirllnem Uxterum - handlarz, łowca, zdobywca, poszukiwacz przygód, tak mogła opisać go w kilku słowach Daagoya – barbachor był trochę ludzkiej rasy i trochę z krwi barbarzyńców. Poczęty przez mężczyznę z rolniczej doliny Elvshari i kobietę - rodowitą Rihnoculhankę, stanowił niejako wyrzutka dwóch odrębnych światów. Uxterum nigdy nie robił problemów ze swojego niecodziennego pochodzenia, przywykł do wędrownego trybu życia, chociaż sentymentalnie wracał do miast i ludzi, bliskich jego pół-skamieniałemu sercu.
Daagoyę poznał w czasie samotnego polowania cztery lata temu, kiedy Dur-Lavn obfitowało w zwierzynę, co oznaczało dla mężczyzny szybki zarobek. Białowłosa miała wówczas na sobie za duży płaszcz uszyty z futra smolistego wilka, jak przy dzisiejszym polowaniu, tyle że, gdy ciut podrosła, leżał na niej jak jej własna skóra. Wtenczas była narowistą, buntowniczą nastolatką, próbującą udowodnić sobie, że jest dobra w tym, co robi – po kryjomu przed rodzicami. Rzeczywiście, radziła sobie całkiem nieźle, według oceny wprawnego oka Tirllnema, ale jej upór podszyty smutkiem i strachem, nie umknął uwadze barbachora.
- Z kim tak walczysz, dziewczyno? – zapytał, zaskakując ją swoim cichym pojawieniem. – Na pewno nie ze zwierzyną, zatem przeciwko komu?
-  Nie twoja sprawa – odburknęła, chowając strzałę do kołczanu, gdy nieznajomy spłoszył tłuściutkiego bażanta.
- W czym problem? – dopytał, przyglądając się uważnie dziewczynie.
Czuł w niej władcę zmysłów, być może ta ocena wynikała z czysto logicznego, prostego myślenia, że Toeviac to ostatni prawdziwy okręg tej rasy. Nie zastanawiał się głębiej nad tym, po prostu ufał swoim przeczuciom, że ma do czynienia, z którymś z czterech nosicieli talentów, ale czy była Nicticorą, Batiregim, a może Zamenem lub Carchari, wciąż stanowiło dla niego zagadkę. Wiedział jednak, że kimkolwiek była, posiadała predyspozycje do strzelania z łuku, a charakterne zachowanie dziewczyny, przypomniało mu jego niespokojne lata młodości.
- To wszyscy mają problem – oznajmiła po czasie. – Nie ja, ja jestem bezkonfliktowa!
- Nerwowo podchodzisz do pięknego fachu, jakim jest łowiectwo. – Tirllnem zmienił delikatnie temat, nie chcąc zrazić białowłosej ani kumulować w niej gniewu złymi wspomnieniami. – Kiedyś też chciałem ubić jak najwięcej zwierzyny, by pokazać, że znam się na tym lepiej niż inni, ale kwestia bycia dobrym  w czymś, nie leży tylko w ilości, ale także jakości wykonywanej czynności.
Wyćwiczysz celowanie do bażantów ale kiedy przyjdzie ci zmierzyć się z innym przeciwnikiem, nie będzie już tak łatwo. Przede wszystkim, łuk powinnaś trzymać ze spokojem, a ty jesteś napięta jak ta cięciwa, każdy strzał jest nerwowy, może i celny, ale wielce negatywny. Energia powinna wypływać z ciebie jak strumień wody z górskiego źródła, nie wyrzucać się w górę jak gejzer. Masz być jednością: ty, łuk i strzała.
- Dlaczego interesuję cię to, jak poluję? – zapytała, wlepiając w nieznajomego zdziwione oczy.
- Nikt nigdy nie posłużył ci dobrą radą tak bez zobowiązań?  
- Ostatnio nie – oznajmiła przygaszonym głosem.

Sarna spoczęła na grzbiecie spokojnego konia. Siwek stał niemal nieruchomo i tylko kilka razy poruszył łbem, kiedy podwinięta ratka uwierała go w kłęb bądź truchło zwierzęcia nadmiernie ciągnęło za grzywę. Tirllnem sięgną do sakiewki przymocowanej w górnej części, przy łęku siodła, siłując się z przeszkadzającym mu cielskiem martwego zwierzęcia. Pochwyciwszy przedmiot, wydobył ze skórzanych trzewi parę złotych passatrów, przyciągających pasma świateł niepewnie roztaczających się w mroku, i cisnął je w dłonie białowłosej.
- Godna zapłata – rzekła z uśmiechem Daagoya.    
- Okazała zdobycz! – Tirllnem poklepał po martwym zadzie sarny, na co siwek zareagował głuchym tupnięciem.
Uxterum nie musiał korzystać z pomocy dziewczyny, wszakże był lepszy w łowach i na tyle bogaty, że handlowanie zwierzyną, nie leżało już w jego guście. Jednakże, to co robił stanowiło pomoc, nie chciał obdarowywać białowłosej monetami jak biedaczkę z ulicy, chociaż mógł tak śmiało czynić. Wolał dawać jej satysfakcję, że zarobione monety, są owocem długich starań i niemałego wysiłku.
- Dokąd tym razem zmierzasz, Uxterumie Wielki? – zapytała żartobliwie, gładząc siwka po garbonosym pysku.
- Odpocząć nad Morze Lutlin – oznajmił, poprawiając siodło, czas naglił go do drogi. – Wiele miesięcy minie nim się tam dostanę.
- Wychodzi na to, że to nasze ostatnie spotkanie? – Daagoya nie wydała się zadowolona, co prawda, Tirllnem rzadko zjawiał się w Etłasie, ale wyprawa na wschód Devlichonu oznaczała długą nieobecność.
- To zaledwie rok, w ciągu całego życia to naprawdę krótki okres czasu, uwierz mi – uśmiechnął się najszczerzej jak tylko potrafił.
- Ale…
Krzyk przerwał błogi spokój drzemiący w leśnej pustce. Daagoya nie zdołała dokończyć zdania, głos wzywający jej imię rozdarł ją na pół. Przerażenie wyskoczyło na twarzy dziewczyny pośpiesznie opatulającej się wilczym płaszczem. Na głowę narzuciła kaptur w kształcie psiego pyska i skuliła się, przybierając rozmiary krasnala, by kosmata szata okryła ją w całości.
Ihniatir dobrnął w miejsce, w którym dziewczyna wraz Tirllnem, dobijali targu. Zdezorientowany rozglądał się niewidomymi oczami wyszukując znajomej aury, był pewny, że czuł tutaj woń Daagoyi, widział manifestacyjny kształt córki. Teraz odbierał jedynie mocno zaburzony obraz barbachora, jasny blask konia i rozkładającą się aurę martwej sarny. Wyraźny ślad po białowłosej zaginął, a niepewne myśli nie tłumaczyły tego zdarzenia.
Dziewczyna widziała ojca przez szparę w szacie, zakłopotanego i zagubionego w dziwnej sytuacji. Wydawał się teraz bezbronnym dzieckiem, szukającym powrotnej drogi, co poruszyło wrażliwą część Daagoyi. Nie jesteście tacy wspaniali, jak się wam wydaje, wystarczy sprytna sztuczka i bez wzroku pozostajecie tylko ociemniałymi istotami. Pomyślała, układając twarz na podciągniętych kolanach. Futro Czarciego Ogara, otrzymane od Rhuduala, zablokowało aurę białowłosej i dopóki skrywała się pod wilczą skórą, mogła czuć się bezpiecznie.
- Czy coś się stało, łowco Prihemie? – Uxterum zwrócił się do mężczyzny, wpatrującego się w postać dziewczyny, której żadną siłą nie wyczuwał.
-  Nie – odparł - jak widać nic, wydawało mi się, że jest tu moja córka.
- Tylko ja i mój siwy koń depczemy połacie tej części lasu – zaśmiał się przyjaźnie chcąc złagodzić sytuację. – Jak idą łowy? Tutaj sarny praktycznie rzucają się pod strzały!
- Dur-Lavn jest dziś przyjaźnie nastawiony dla łowców – rzekł, zwracając się w kierunku, z którego przybył. – Niech Ataurhan pomyślnie niesie twoje strzały.
Pożegnawszy się z barbachorem, Ihniatir oddalił się, pozwalając na ucieczkę Daagoyi z lasu. Za długo zabalowała w lesie, mogła ściągnąć na siebie gniew matki, znacznie gorszej od ojca.

Wieczorem do Etłasu dotarła wiadomość, burząca rytm leniwie toczących się godziny i napędzająca młodych mieszkańców niezdrowym podnieceniem, przeganiającym zalążki rodzącego się w nich snu. „Paladyni zawitają do Toeviacu”, tak głosiły rozbiegane dzieci, walczące kijami, jako ich mieczami oraz połamanymi deskami służącymi za tarczę. Wydawali bojowe okrzyki i gładzili się nawzajem w wielkiej podwórkowej wojnie. Ziemie miasteczka, od niepamiętnych czasów, nie widziały takiego ożywienia, poza bratającymi wspólnotę świętami, głośno i hucznie obchodzonymi. Niecodzienna wiadomość spłynęła niczym boski strumień, cucąc senne ulice Etłasu.
Daagoya ubrana w prostą, fiołkową sukienkę, za czym nie przepadała, pomagała matce w ogrodzie zbierać rzepę. Wieczorna pora wysysała z powietrza cały żar wtłoczony przez słońce i był to moment najwydajniejszej pracy, przy chłodzie umykającego dnia. Sunący od strony lasu, orzeźwiający powiew wiatru, rozwiał jasne włosy schylających się Prihemek. Obydwie milczały, chociaż dziewczynie nie przeszkadzał zbytnio mizernymi kontaktami z rodzicielką, sądziła nawet, że tak jest lepiej, kiedy nie wchodzą sobie w drogę. Daagoya, odrzucając kosmyki włosów za ramiona, doglądała z zaciekłością liści, planując, jaki wywar z nich zrobić: czy specyfik na włosy, czy lek na problemy z pęcherzem. Miała w głowie tuzin myśli, nie umiała się zdecydować, co przydatniejse.  
Anna powstała, prostując i zginając sforsowane palce, brudne od wilgotnej, czarnej ziemi. Zaciągnęła się powietrzem, ziemistym i mroźnym, taksując wzrokiem tłum zmysłowców, zachowujący się jak rozdrażnione krecie mrówki. Prychnęła pogardliwie i uniosła swój zbiór.
- Zbierają ludzi, jakby nam problemów brakowało – powiedziała kpiąco Anna, zerkając do pełnego koszyka. – Zabierać młodych, silnych, do jakiejś armii pięciu murów, i na co to komu? My potrzebujemy pomocy, to nam ziemie zabrali!
- Armia pięciu murów? – ożywiła się Daagoya. – Skąd wiesz?
- Wszyscy rodzice dostali list – odparła matka, nie wyczuwając intencji córki. – A znajdą się tacy, co zechcą iść, gdzie tu lojalność wobec Toeviańczyków?
- Każdego biorą pod uwagę? – Daagoya wstała, otrzepując zbrudzony materiał w miejscu kolan.
- Nie myśl, moja droga, że czas będziesz traciła na takie nic niewarte bzdety! – oburzyła się Anna, mierząc sceptycznie córkę. – Ty na nic byś się w armii nie zdała.
Daagoya obdarowała matkę wzrokiem przesiąkniętym do cna diabelskim gniewem i, nie zważając na swój kosz, ruszyła w stronę drzwi wejściowych. Zanikająca za horyzontem jaskrawa kula ognia, otuliła ją ostatni raz palącą refleksem promieni, nim pochłonęła ją paszcza ciemności, skryta za drzwiami szarej rzeczywistości widzenia.